GNIAZDO: "Supernowa"

Supernowa


 
Autor: Robert Rolf Kolański
Jacek Tomasz Woody Kowalski
Wydawca: WiR
Liczba graczy: minimum 2
Plansza: po jakie licho plansza...?
Akcesoria: zależne od inwencji graczy

 

    "Supernowa" ma właściwie niewiele wspólnego z grami planszowymi, choć można w takowe zagrać podczas jej sesji. Poniższy tekścik nadesłany przez Woody'ego proponuję potraktować jako ciekawostkę i bezbolesną (chyba, że kogoś męczy używanie wyobraźni) metodę radośnie twórczego spędzenia czasu.





    Ja i mój kolega Rolf jesteśmy miłośnikami strategicznych gier planszowych, ale zdarzały się nam nieraz kryzysy, w czasie których myśl o przesuwaniu dziesiątków żetonów przyprawiała nas o nieprzyjemny dreszczyk, co skutecznie odstraszało nas od rozpoczęcia nowej rozgrywki lub kontynuowania już rozpoczętej. Plansze, żetony i kostki wędrowały wtedy w głębokie zakamarki naszych szuflad a my zastanawialiśmy się nad czymś nowym, co znów zmobilizowałoby nas do poświęcenia paru godzin na polu bitwy lub w celu przeżycia niezwykłych przygód w wyimaginowanym świecie. Napotykaliśmy wówczas na poważny problem - nowy system wymagał wielu przygotowań a nasze starania nie dawały gwarancji, że nie będą bezowocne.

    Pewnego razu przyszedł nam do głowy pomysł, który rozwiązał wszystkie nasze problemy. Wymyśliliśmy system, który nie wymaga żadnych przygotowań a jedynymi rekwizytami są kostki do gry, kartka papieru, długopis i ogrom wyobraźni. Nie jest to gra bitewna, lecz przygodowa, ale w bitewną może się przerodzić. Można w nią grać pojedynczo lub w grupie a gracze nie występują przeciwko sobie, lecz ze sobą współpracują wcielając się w różne postacie lub po prostu będąc sobą, tylko że w innym świecie. Przypomina to trochę RPG, jednak nie ma tu miejsca dla Mistrza Gry, chyba że za takiego uznamy kostkę. Nie ma też potrzeby ustalania jakichkolwiek parametrów postaci. Nie ustala się też celu gry - wyniknie on sam w trakcie rozgrywki. Często okazuje się, że tym celem jest po prostu przeżycie. W skrajnym przypadku ustalenia początkowe mogą być takie, że budzimy się w ciemnym, nieznanym nam pomieszczeniu, zupełnie nie pamiętając nic z naszej przeszłości. Cel jest wtedy jasny: dowiedzieć się kim jesteśmy i ukarać winnych tego stanu rzeczy. I oczywiście przeżyć.

    Pomimo, że zasady gry są bardzo proste, trudno jest zapisać je w sposób usystematyzowany. Wynika to między innymi z tego, że reguły są na to zbyt płynne. Aby przedstawić grę postanowiłem zatem opisać fragment jednej z rozgrywek.

* * *

    Ja i Rolf tniemy próżnię kosmosu naszym stateczkiem wioząc jakiś towar na jakąś planetę. To są założenia początkowe - więcej nie potrzeba. Siedząc przy kawie lub herbacie snujemy wspólną opowieść...

    Siedzimy w kabinie sterowniczej i zabijamy nudę grą w karty oraz popijaniem kawy i herbaty. Spróbujemy teraz zawiązać akcję. W tym celu rzucimy kostką aby sprawdzić czy coś się wydarzyło. Jeśli nie, prawdziwa gra zacznie się w momencie gdy dolecimy do celu. Dajemy sobie 50% szansę, że dotrzemy tam bez przeszkód. A jednak coś się stało! Aby określić co to takiego wybieramy trzy warianty: awaria na statku, pojawia się obcy statek lub któryś z nas się rozchorował. Padło na obcy statek. I znów wymyślamy trzy warianty. Wylosowaliśmy statek patrolowy - dobrze, że nie piratów.

    - Woody, zapewne nas przechwycą i skontrolują. Sprawdźmy jednak czy po prostu nas nie ostrzelają bez ostrzeżenia.

    Niechętnie przystaję na propozycję, ale okazuje się, że mamy szczęście (prawdopodobieństwo było nieduże). Tracimy kontrolę nad naszym statkiem, jest teraz przyciągany przez patrolowiec. Przechodzimy do śluzy gdzie przywitamy gości.

    - Ustalmy czy towar, który wieziemy jest legalny. - Jest legalny. To jakieś przetwory z warzyw rzadko występujących w galaktyce. Są potwornie drogie i jeśli ich nie sprzedamy będziemy bankrutami. Tak powiedziała kostka.

    - Przez właz wpada do nas - rzut K6 - pięciu uzbrojonych żołnierzy lub policjantów. Takie mundury, że trudno rozróżnić. Wymachują karabinami i wrzeszczą coś w niezrozumiałym języku - opowiada Rolf. Taki obraz zdarzeń ustalił sam nie konsultując tego ze mną i nie wspierając się kostką. Jest to jak najbardziej dopuszczalne, ponieważ pozytywnie wpływa na dynamikę akcji. Mimo to uznałem, że należałoby przekonać się czy przypadkiem nasi goście nie znają języka intergalaktycznego. Wykonuję rzut kostką.

    - No tak, nie da się ich zrozumieć - potwierdzam wersję Rolfa.
    - Ja rozumiem wymowę karabinu wycelowanego w mój brzuch.
    - To może sprawdzimy czy karabin nie wypalił - proponuję życzliwie. Rolf jednak nie zgadza się.
    - Na pewno nie będą tak wrzeszczeć w nieskończoność. Z pewnością też nie zaproszą nas na towarzyską pogawędkę przy kawie. Zostaje z nami - rzut K3 - jeden jako strażnik a pozostała czwórka rozpełzła się po statku.
    - Sprawdźmy czy wydarzyło się coś nowego.

    No i się wydarzyło. W dodatku wypadło na najbardziej absurdalny pomysł. Nasz strażnik nagle jęknął, zgiął się w pół a potem padł jak nieżywy. Lub po prostu nieżywy. Spojrzeliśmy po sobie. Wpadliśmy jak śliwki w kompot. Przecież nikt nie uwierzy, że on tak sam z siebie wyciągnął kopyta.

    - I co teraz?
    - Jak wrócą tamci to nas po prostu rozwalą. Nawet nie będziemy mogli się tłumaczyć. Bo niby jak? Na migi?
    - Wyobrażasz sobie, że zabijemy resztę, zniszczymy patrolowca i zwyczajnie polecimy dalej jakby nigdy nic?
    - Wygląda na to, że zginiemy niezależnie od tego co zrobimy. Szkoda, że gra potrwa tak krótko. Ale ja tanio skóry nie sprzedam. Biorę giwerę i zabawię się w Rambo.
    - A czy w naszym świecie znają Rambo?

    Pytanie pozostało bez komentarza, chociaż wydaje mi się, że Rolf sprawdzał to rzucając ukradkiem kostką.

    Zabrałem karabin naszemu martwemu strażnikowi. Rolf znalazł przy nim nóż. Tak uzbrojeni ostrożnie ruszyliśmy w głąb statku. Rzut kostką wyjaśnił nam, ze nie wydarzyło się nic dodatkowego. Znaleźliśmy się w głównym korytarzu. Nasłuchujemy. Z mojej kajuty dobiegają dźwięki, które świadczą, że ktoś w niej szpera.

    - Wejdę pierwszy - mówię odważnie. - Zastanówmy się co może mnie spotkać.
    - Jedynka - koleś czeka na ciebie z wycelowanym karabinem; dwójka - dwóch kolesiów czeka na ciebie z wycelowanymi karabinami, trójka - trzech kolesiów...
    - Twoja wyobraźnia jest imponująca - przerywam wyliczankę.

    Po krótkich negocjacjach ustalamy wreszcie zupełnie sensowne warianty. Jeden z nich zakłada, że w kajucie natykam się na kolejnego trupa. Dorzuciliśmy to tak dla hecy.

    Ściskam mocno karabin. Adrenalina zagłusza lęk. Po chwili koncentracji wpadam do kajuty gotowy do wywalenia całego magazynka. Rzut K6. Sytuacja jest dramatyczna, ale chce mi się śmiać. Na podłodze u moich stóp leżą zwłoki...

    - Może jeszcze dyszy - zastanawia się Rolf. - Sprawdzam puls.
    - Nie dyszy.
    - Może to jakiś wirus?
    - Na pewno zarazili się od ciebie.

    Rolf udaje, że nie usłyszał. Zastanawiamy się czy któryś z naszych gości żyje jeszcze by wyjaśnić nam tajemnicę tych dziwnych zgonów.

* * *

    Jak widać akcja zawiązała się na dobre. W rzeczywistości gra nie jest aż tak płynna jak moja opowieść, ponieważ znacznie częściej była przerywana ustalaniem różnych wariantów i rzutami kostką. Jednak w momencie gdy akcja się rozwinie nie jest to mankamentem, gdyż oczekiwanie na wynik rzutu podnosi emocje a samo wymyślanie możliwych zdarzeń wręcz uatrakcyjnia grę i bywa zabawne. Chwilami przyspieszaliśmy bieg wypadków przyjmując niektóre założenia za pewnik.

    W dalszym ciągu zabawy staraliśmy się rozwikłać zagadkę tajemniczych śmierci snując domysły i sprawdzając ich trafność przy pomocy rzutów kostką. Do końca nie ustaliliśmy całkiem pewnej przyczyny zgonów, zwłaszcza, że wersja z wirusem została wykluczona.

    W pewnym momencie musieliśmy przyłączyć się do rebeliantów, dla których wojna stanowiła coś w rodzaju hobby, bowiem nikt już nie pamiętał o co właściwie walczy. Uprowadziliśmy transport bojowych śmigłowców, które zrównoważyły siły naszych nowych sojuszników i ich rządowych rywali. Stoczyliśmy wielką batalię z rządowym korpusem ekspedycyjnym - na ten czas nasza gra zamieniła się w zwykłą planszówkę. W końcu polecieliśmy dalej, ale po drodze znów wplątaliśmy się w awanturę, w wyniku której nasz statek uległ bardzo poważnemu uszkodzeniu i musieliśmy się z niego ewakuować. Niestety, okazało się, że na pokładzie jest tylko jedna jednoosobowa kapsuła ratunkowa. Pobiliśmy się o nią ( to znaczy zagraliśmy w kości w tysiąca). Wygrałem. Może kiedyś pomszczę śmierć kolegi.

Robert Rolf Kolański
Jacek Tomasz Woody Kowalski



Rzuć okiem na witrynę autorów gry.




Przejdź do strony głównej GNIAZDA.

Przejdź do listy wszystkich opisanych gier.